"Night Swarm" to tytuł przyjemny i wciągający, ale widać, że twórcom zabrakło serca, by go dokończyć. Przypomina dobrze się zapowiadający szkic, ale pozbawiony cieniowania i cech wyróżniających.
Jestem człowiekiem spokojnym, ale czasami potrzebuję solidnego kopa. Nic tak nie daje mi energii jak gatunek zwany potocznie "symulatorem dopaminy", czyli wszystkie pochodne przesławnej włoskiej gry "Vampire Survivors". Kakofonia dźwięków wydawanych przez nakładające się efekty broni i czarów, ekran mieniący się od tysięcy przeciwników, którzy tłoczą się wokół bohatera – to jest dla mnie kwintesencja growej frajdy.
Dlatego nie namyślałam się długo, gdy na horyzoncie pojawił się kolejny tytuł z tego gatunku, w dodatku traktujący o wampirach, ale z elementami zarządzania zamkiem. I do tego z tłem fabularnym o podboju baśniowej krainy! To wyglądało zbyt ładnie i obiecująco, bym mogła przejść obok tej gry obojętnie.
I faktycznie, jak przystało na bullet hella opartego na szybkim progresie, w "Night Swarm" wchodzi się szybko i bezboleśnie. Mechanizmy nie wymagają większego wprowadzenia, ale twórcy i tak zawarli szereg podpowiedzi, które pomagają zrozumieć wszystkie aspekty gry. Główny bohater jest odpowiednio czarujący i mroczny, jego czary oparte są na magii krwi, a broń odpowiednio zróżnicowana, na tyle by zachęcić gracza do swobodnego eksperymentowania z nią.
Powtarzalność jest wpisana w założenia tego typu gier, ale w przypadku "Night Swarm" schematyzm walki prędzej znuży, niż pozwoli skupić się na innych aspektach gry. Umówmy się, w produkcji, która ma silnie zautomatyzowaną rozgrywkę i polega w zasadzie na umiejętnym poruszaniu się po mapie, sekrety fuzji i znajdźki stanowią clue. W "Night Swarm" mapy mają ich całkiem sporo, ale są zaskakująco małe, często pół minuty przed końcem czasu miałam odkryty cały obszar. Kręciłam się w kółko w bezmyślnym grindowaniu.
Po jednym patchu diametralnie zmieniło się podejście do kwestii odkrywania map (jedna nowa zamiast kilku do wyboru), z kolei kolejny nieco zachwiał posadami rozgrywki i przez to tytuł stał się za łatwy. Po wylosowaniu kilku szczególnie przydatnych typów broni przemknęłam przez dwa regiony bez problemu, a żaden z końcowych bossów nie był nawet w stanie mnie solidnie zranić, nim padł. Niektóre rodzaje broni i czarów są po prostu o wiele za mocne w porównaniu do innych.
Dopiero pechowe rozdanie nieco wstrzymało mój zwycięski pochód przez krainę skorumpowanych wampirów. Nie zrozumcie mnie źle, fajnie się wygrywa, ale jest różnica między ciężko wywalczonym zwycięstwem a zmieceniem z planszy przeciwnika, nad którym ma się niesprawiedliwą przewagę.
W "Vampire Survivors" musiałam spędzić wiele bezsennych nocy nad odkrywaniem najlepszych fuzji, nim zmierzyłam się z ponurym żniwiarzem, a i to nie było przecież prawdziwym końcem gry. W przypadku "Night Swarm" naszym zadaniem niby jest podbój całej krainy i walka z najgorszym z wampirów, ale fabuła jest tak pretekstowa, że owej motywacji głównego bohatera w ogóle nie czuć.
Mam też pewne zastrzeżenia do wspomnianej warstwy narracyjnej. "Deep Rock Galactic: Survivors" został jej pozbawiony i wcale nie wyszedł na tym źle. A tutaj mamy do czynienia z całkiem pokaźną liczbą dialogów, w dodatku z pełnym dubbingiem. Szkoda tylko, że są one nudne oraz stworzone przez wyjątkowo mało kreatywną AI. Nie polecam też grać w polskiej wersji językowej (napisy), bo model językowy, który ją wypluł, na pewno nie należy do najlepszych.
Graficznie gra nawet się broni, bo jest przyjemna dla oka. To osobliwy, ale nie nazbyt udziwniony amalgamat dark i high fantasy z charakterystycznym obrysem konturów postaci i przedmiotów. Zaskakującym zabiegiem jest umieszczenie wszystkich jednostek na podstawkach, przez co wyglądają jak figurki do gry planszowej, ale ma to też swój urok. Pociesznie to wygląda, zwłaszcza gdy wrogowie dostrzegają bohatera i zaczynają go atakować. Podrygują wtedy, jakby ktoś wstrząsał planszą do gry.
Efekty czarów i broni są na tyle wyraziste, że łatwo się rozeznać, jak wyglądają. Kolory są dobrze zbalansowane i bohatera nie da się zgubić w mrowiu przeciwników, co akurat często mi się zdarzało w "Vampire Survivors". Co ciekawe, w ustawieniach można wybrać stopień przezroczystości efektów specjalnych, dzięki czemu sytuacja na polu bitwy jest jeszcze łatwiejsza do ogarnięcia wzrokiem.
Z rzeczy, które "Night Swarm" robi dobrze, warto wymienić zarządzanie zamkiem, w którym odblokowujemy poszczególne komnaty i specjalizacje przyjaciół wampirzego lorda. To ciekawe urozmaicenie, które jednocześnie skłania do wnikliwego przetrząsania każdej mapy w poszukiwaniu potrzebnych do rozbudowy surowców. Szczególnie ciekawym dodatkiem są też towarzysze broni, którzy wprawdzie sami z siebie nie zadają obrażeń, ale za to co jakiś czas odpalają boosty.
"Night Swarm" to tytuł przyjemny i wciągający, ale widać, że twórcom zabrakło serca, by go dokończyć. Przypomina dobrze się zapowiadający szkic, ale pozbawiony cieniowania i cech wyróżniających. Wolę, jeśli w grze znajduje się mniej mechanizmów, ale za to są one pełne przenikliwości i głębi. Gdyby na rynku nie było tylu gier typu survivorslike, mogłabym go polecić z czystym sercem. Niestety, znajdziecie wiele lepszych od niego tytułów, w dodatku w zbliżonej cenie. Niemniej nie skreślam go, ponieważ od czasu premiery twórcy uważnie przysłuchują się głosom fanów i są skłonni do wprowadzenia wielu zmian. W przyszłości zapowiadają np. rozwój systemu broni, na co bardzo liczę.